sobota, 26 kwietnia 2014

Księga  I
Stronica  VI  "Viruna Sevii"

I choćby stojąc przed Wrotami Śmierci Ona nie ulęknie się ani nie zwróci, lecz pójdzie stawić czoło największym przeciwnościom, by poznać w końcu Prawdę...
~ ludowa przepowiednia



Czuję setki zimnych, małych łapek na ciele. Przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz zimna. Staram się unieść ciężkie powieki, które zapuchły przez noc. Wpatrują się we mnie czarne, błyszczące ślepka, a długie wąsy łaskoczą mnie w twarz. Dookoła mnie roi się od szczurów. Wszystkie piszczą, przepychają się i nawzajem się gryząc. Chwytam jednego za obślizgły ogon i podnoszę do góry.-To twój posiłek na najbliższe dni!
Dobrze zbudowany strażnik spogląda na mnie spode łba. Ma zielone oczy,w których ukryta jest żądza mordu. Uzbrojony ponadto po zęby: 2 sztylety przymocowane do pasa opinającego jego szczupłą sylwetkę, krótki i długi miecz, zakrzywiony nóż do skracania męki... Szczur wyrywa się z mojego uścisku. Strażnik ze śmiechem odwraca się i odchodzi. Rozglądam się. Po ciemnych ścianach spływają krople wody, widać musiało padać. Posadzka usłana jest kośćmi i szkielecikami szczurów. Odór stęchlizny przyprawia o mdłości. Z oddali dobiegają jęki, które niosą się echem po rozległych korytarzach. Więzienie w Viruna Sevii... Więzienie, z którego nikt nie uciekł żywy...  Więzienie słynące z niesłychanego okrucieństwa... 



Codziennie to samo: pisk szczurów, drapanie pazurków, smród rozkładających się ciał więźniów, zgrzyt kości w sąsiednich celach... Głód i pragnienie przykuły mnie do posadzki. Nie wiem już nic... Teoretycznie nic. Żołnierz brutalnie wyrzuca mnie z lochu. Uderzam głową w ścian. Pulsujący ból rozsadza mi czaszkę uporczywie dudniąc.
Zostaję przywołana do pionu z taką lekkością jakbym była jedynie szmacianą lalką. Na wpół idąc strażnik prowadzi mnie na górę. Wiatr chlusta mnie po twarzy jakby wymierzając mi karę. Nogi co chwila odmawiają posłuszeństwa zatrzymując się w miejscu. Schody są, nie dość, że strome, to jeszcze przeraźliwie śliskie. Pnę się w górę, wśród okrzyków żołnierza, ku ciemności. Suche drzewa porastające zbocze wyglądają żałośnie spuszczając swe martwe konary. Nie chcę wiedzieć dokąd idę. Potykam się i upadam. Głowę przeszywa strzała bólu, która na moment przyćmiewa umysł. Gorące krople krwi spływają po moich wargach. Łzy bezsilności płyną piekąc policzki. Zdaję sobie sprawę jak muszę żałośnie wyglądać... Staram się podnieść. Nieruchomieję ze wzrokiem wbitym w moją lewą dłoń. Niemożliwe...to niemożliwe...
Strażnik z brutalnością rzuca mnie na kolana. Krew spływa mi z warg, nosa, rąk... Zimna posadzka chwilowo łagodzi ból. Podnoszę zmęczone oczy. Nienawistne oczy wpatrują się we mnie, niczym wilcze ślepia czekające na niewłaściwy ruch zagubionej owcy. Avgord unosi ciemną brew.

-To ma być moja niewolnica?!
Piękny, dźwięczny głos trafia do mojego otępiałego umysłu. Na delikatną twarz namiestnika wbiega podły uśmieszek.
-Jak cię zwą?
Jego głos przybiera łagodniejszą barwę. Nie mam siły się odezwać. Zaczynam dławić się krwią, która zdążyła zebrać się w wyschniętym gardle. Avgord wstaje z tronu i podchodzi do mnie. Pogodziłam się już ze śmiercią... Jego ciepłe dłonie ocierają się o mój policzek. Spoglądam w jego piękne, tajemnicze oczy.
-Vebrega, nieprawdaż?
Strach, niczym błyskawica, przebiega przez moje wnętrzności. Skąd on mnie zna? Jego palce suną po mojej skórze. Nie wiem czy jest to przyjemne, ale w każdym bądź razie nie sprawia bólu. Namiestnik odsuwa się i rzuca spojrzenie na żołnierzy.
-Zostawcie ją przy życiu, na razie. Cela wschodnia 9.
Strażnicy, posłusznie skłaniając się, nisko zbliżają się do mnie. Zabierają mnie z sali i prowadzą ciemnym korytarzem. Wiatr hula między przerwami w starym murze. Moim oczom ukazują się puste cele. Po posadzce biegają przerażone szczury zwabione niespodziewanym światłem. O dziwo żołnierze nie popychają mnie aż tak bardzo jak ostatnio. 
-Twoja cela!
Puszczają mnie i upadam na kolana. Nie sądziłam, że jestem tak słaba. Głód robi swoje. Zanim strażnicy odeszli zadali mi pojedynczy cios w brzuch. Słyszę ich oddalające się kroki. Oczy ponownie zachodzą mgłą... 
Budzi mnie lekki, niczym muśniecie skrzydeł motyla, pocałunek w dłoń. Zrywam się błyskawicznie nie zważając na przeszywający ból.
-Spokojnie Vebrego, spokojnie...
W ciemności celi nie widzę postaci, która do mnie przemawia. Gdy źrenice przyzwyczajają się do mroku zauważam jedynie zarys stworzenia. Wysoki, dobrze zbudowany, zapewne mężczyzna. Cofam się zlękniona. Plecami dotykam ściany. 
-Kim jesteś?
Głos mi drży, lecz staram się nie dopuszczać strachu do duszy tak jak uczyła mnie Teronia. Osoba nie odpowiada, ale czuję na sobie jej wzrok. Lodowaty powiew wiatru głaszcze mój kark.
Wschodzące słońce rzuca swój świetlisty blask na mnie. Zauważam jedynie błyszczące oczy i wychudzoną twarz, zanim postać schowała się w mroku celi. Silę się na ponowne zadanie pytania.
-Kim jesteś? Skąd pochodzisz?
Brak odpowiedzi. Przewracam oczami i próbuję wstać. Ból przenika nogę, gdy próbuję się wyprostować. Z sykiem zataczam się do przodu tracąc równowagę. Wpadam w silne ramiona, które na pozór są niezwykle delikatne. Okazuje się, że owa dziwna postać jest przystojnym, młodym elfem. Niezwykłe miodowe oczy przepełniają mnie spokojem i harmonią mimo iż spoglądają na mnie z lękiem.
-Nie wyglądasz na kata, który w końcu przybył pozbawić mnie życia... Jesteś kolejnym więźniem Avgorda...
-A kim ty jesteś?
Elf nadal nie odpowiada i nie spuszcza ze mnie wzroku. Śledzi każdy choćby najmniejszy mój ruch.
-Zwą mnie Bezimienny choć to i tak już bez znaczenia...
-Skąd mnie znasz?
-Poznałem cię, gdy tylko żołnierze wrzucili cię do celi. Takich osób jak ty, się nie zapomina...
Wydaję z siebie wrzask przerażenia. Elf pozwala mi się do niego przytulić. Słyszę bicie jego serca. Uspokajam kołatające nerwy.
-Nie boj się. Nieboszczyk leży tu od co najmniej tygodnia...
Zbiera mi się na wymioty-znowu. Przykuty do ściany siedzi, a właściwie wisi, martwy więzień , którego ciało powykręcane jest we wszystkie możliwe i niemożliwe strony. Chłód więzienia sprawił, że nieboszczyk jeszcze nie zaczął się rozkładać. 
-Spójrz na niego... Szkoda, że elfy nie są śmiertelne...
-Co ty gadasz?! Chciałbyś tak umrzeć?
-Śmierć byłaby lepsza niż ciągłe czekanie na wyrok...
-Brednie... Tak życie kończą...ludzie...
Słowo "ludzie" powiedziałam z wyjątkowa odrazą. Bezimienny jednak na to nie zareagował.
-Ludzie bywają głupcami to fakt, jednak wszystko co żyje popełnia błędy... 
-Chcesz powiedzieć, że elfy są nieudacznikami tak jak te nędzne stworzenia?
-Nędzne? Gdyby nie Katastrofa Chaosu nadal żylibyśmy w zgodzie, a może nawet przyjaźni...
Gdyby nie powaga emanująca z jego głosu, już dawno bym się roześmiała. Rzucam spojrzenie na więźnia... Obyśmy tak nie skończyli...

środa, 23 kwietnia 2014

Księga I
Stronica  V  "Podłość świata"


Gdyby nie było Zła, harmonia świata zostałaby naruszona i wszystko co żyje straciłoby sens... Zło i Dobro są nieodłącznym elementem Życia... Musimy to zaakceptować, czy to nam się podoba, czy nie...



Łucznik mocniej chwyta rękojeść sztyletu. Nie mam siły się podnieść. Kroki stają się coraz to wyraźniejsze, sfora jest coraz bliżej. Eselenia otwiera jedno oko.
-Aaaaaaaaa!!!
Elf zatacza ruch ręką. Śnieżnobiały wilk staje nieruchomo na skale, a z jego gardła wydobywa się przeciągłe wycie. Zeskakuje i wbija kły w kark prześladowcy. Z każdej strony atakują przeróżne dzikie psy. Łucznicy rozpraszają się napinając cięciwy łuków. Piękny, młody wilczek pada martwy przy mnie ze strzałą, która przebiła jego czaszkę na wylot. Łucznicy wdrapują się na drzewa i na watahę spada deszcz strzał. Seduin uwalnia Eselenię z więzów. Dowódca oddziału łuczników chwyta mnie za kark.
-Bierzcie tą i uciekajcie na drugi brzeg rzeki!
Ktoś chwyta mnie za ramię i zaczyna taszczyć po ziemi. Widzę jak wilcza sfora walczy i rzuca się za nami w pogoń. Wojownicy wspaniją się na korony drzew rosnących wzdłuż Wodnych Koni. Przeskakując z jednego drzewa na drugie pokonują rozszalałą wodę. Strach ściska mój żołądek, gdy znajduję się bez oparcia tuż nad pędzącą rzeką. Wilki warcząc i wściekle ujadając zatrzymują się ze wzrokiem utkwionym we mnie. Sedugin już wspina się na drzewo starając się dogonić łuczników. Strzała przeszywa jego bark i elf z jękiem bólu puszcza się gałęzi. Qenna wyskakuje w gorę, chwyta nogę uciekającego wojownika ściągając go z drzewa i zatapiając kły na jego gardle. Dla wyjaśnienia Qenna to jedna z bardziej doświadczonych wilczyc w sforze. Z resztą jest moją ulubienicą. Nim się zorientowałam znalazłam się po drugiej stronie Wodnych Koni. Zadowolony oddział rusza dalej. Mam ciemno przed oczami. Zimno mi, zaczynam się trząść. Podłe uczucie spadania gdzieś w nicość sprawia, że odpływam...


                   *                      *                       *
Straciłam już jakiekolwiek poczucie czasu. Nie wiem już nic. Minęła noc? A może następny dzień? A może zaledwie kilka godzin? Głowa pęka z bólu nie wspominając o kręgosłupie... Otwieram oczy. Pamiętając o bólu, który towarzyszy każdemu ruchowi, staram się delikatnie, prawie nieznacznie unieść głowę. Wiatr czesze moje, oblepione krwią, włosy. Liście kołyszą się. Zmierzcha. Ptaki jednak wciąż wyśpiewują swoje trele. Słońce schowało się za górą i na dolinę, w której się zatrzymaliśmy, pada chłodny cień nocy. Na niebie co chwila pojawiają się nowe gwiazdy. Pierwszy na niebiosa wkracza Misutti jako cienki łuk. Zaraz po nim pojawiają się Verina jako półokrąg i Lopedo jako srebrna tarcza. Piękne księżyce... Nawet nie próbuję usiąść, bo i tak wiem, że obolałe ciało mi na to nie pozwoli. Zza zasłony wierzbowych witek widzę łuczników przygotowujących posiłek. Głód ściska żołądek, a pragnienie nęci gardło. Coś uwiera mnie w prawą nogę. No pięknie. Przez całą łydkę biegnie rana z zaschniętą krwią. Nie mogę się za bardzo ruszyć, bo zdaję sobie sprawę, że jestem przywiązana grubymi linami do pnia drzewa. Myśli na chwilę odbiegają od bólu, ran i węzłów. 
Co z Eselenią?  A co z Seduginem? Przecież został postrzelony... A wilki? A braciszek Eselenii? Co z nimi będzie? Czy w ogóle jeszcze żyją?
-Ja bym się bardziej martwił o to co się stanie z tobą...
Nieprzyjemny głos wyrywa mnie z rozmyślań. Unoszę zmęczone oczy ku górze i zauważam jednego z wojowników. Klęka przy mnie, ja odsuwam się, lecz na niewiele się to zdaje, bo liny dociągnięte są niezwykle mocno. Unosi moją głowę do góry odsłaniając gardło. Z nerwów zaczynam drżeć. Wojownik trzymając moją głowę w niewygodnej dla mnie pozycji, szuka czegoś pod płaszczem. Zaczynam się bać. Delikatnie staram się wykręcić , lecz pewny, żelazny uścisk trzyma mnie nadal tak samo mocno i stanowczo.
-Zamknij oczy...zamknij! Już!
Posłusznie wykonuję polecenie, choć wszystko się we mnie buntuje. Słyszę szelest płaszcza. Zaraz po nim głuchy dźwięk ostrzenia ostrz. Strach paraliżuje całe ciało. Czekam na ostry ból rozcinanej skóry, jednak nic takiego nie następuje. Boję się otworzyć oczy. Wzdrygam się, gdy coś przyjemnie chłodnego ląduje na moich zamkniętych powiekach. Czuję jak drga we mnie każdy mięsień. Ciepło wraz z chłodem zaczyna rozchodzić się po całym ciele. Ochłoda znika z oczu, lecz ciepło dalej biega po moim wnętrzu.
Otwieram oczy. Mężczyzna ponownie przymyka moje powieki. Czyni to z niebywałą delikatnością jak na sługę Avgorda. 
-Staraj się nie krzyczeć gdy cię zaboli...
Kiwam głową. Czekam na ból. Nic. Chłód staje się coraz bardziej przenikliwy. Napinam mięśnie. Nic. Czekam. Nic. Niespokojnie ruszam ręką dając znać, że oczekuję bólu, o którym wspominał. Każdym milimetrem ciała czuję miliardy gorących igiełek, które wbijają się w skórę. Czuję krew ściekającą po ręce. Zaciskam zęby. Duszę krzyk w sobie choć wyrywa się niczym rozszalały mustang, którego pozbawiono wolności. Ból jest straszny... Do piekielnie gorących igiełek dochodzi chrupanie kości. Tym razem nie jestem w stanie utrzymać w sobie szaleńczego wrzasku, który wydziera się z mojego gardła. Jestem skazana na męczarnie... Ciemność przed oczami... Szum w uszach... Pulsujący ból rozsadza mi już nie tylko głowę. Krzyk słabnie. Już nie mogę... Osuwam się na ziemię i pochłania mnie znikoma szarość... 
Czuję dłoń na policzku. Nie chcę wiedzieć kto to...
-Taka młoda... Ogień Nienawiści dotyka wszystkich...
Dłoń jest chłodna... Zmuszam się do ostatniego ruchu głową...
-Ogień cię nie spalił... 
-A co ty możesz o tym wiedzieć?!
-Nienawiść zabrała mi wszystko co posiadałem... Oddałem się magii u boku Itrendora z Mosoeku... Tylko dzięki temu nadal trzymam się przy życiu...
-Skoro jesteś magiem to co tu robisz? Służysz Avgordowi?
Wojownik zdejmuje kaptur z głowy.
-Czy służyłabyś komuś kto wymordował prawie cały ród ludzi? Komuś kto odebrał ci wszystko?
-Nie, magu.... Skoro jesteś człowiekiem to jesteś jednym z niewielu, którzy przeżyli Katastrofę Chaosu...
-Dzięki magii przeżyłem...
-To co tu robisz?
-Mistrz Itrendor przysłał mnie do ciebie, bym uzdrowił cię i utrzymał przy życiu, bowiem zbyt wcześnie byś opuszczała ten świat. 
-Wszechświat? To on w ogóle jeszcze istnieje?
Wiem, że to pytanie wypowiedziałam z pogardą. Wszechświat mnie nie obchodzi!
-Nie należy mówić tak o Najwyższym Mistrzu...
-Pfff też mi coś!
Człowiek posyła mi pełne oburzenia spojrzenie.
-Wy, elfy, nie szanujecie nikogo! 
-A z kolei ludzie puszą się jak pawie i zabierają dla siebie wszystko co znajdą! Jesteście jeszcze bardziej podli niż krasnoludy!
-A wy knujecie spiski, by...
Nagle mag zakrywa usta dłonią. Jego wzrok niespokojnie przeczesuje drzewa. Mnie również udziela się niepokój. 
-Co...?
Nie odpowiada. Przez jego źrenice przebiega nieodgadniona, jasna pręga.
-Vebrego...nie dostrzegasz niebezpieczeństwa... Zanim coś powiesz powstrzymaj nienawiść do innych ras..
Znika w obłoku kolorowego, gryzącego dymu... Nagle zdaję sobie sprawę, że mogę ruszać ręką bez jakiekolwiek bólu. Przez skórę biegnie zgrabnie zaszyta rana. Nastawił mi połamane kości...

wtorek, 22 kwietnia 2014

Księga  I
Stronica  IV  "Koniec czy początek?"


Zło najpierw przekupuje najmłodszych siejąc postrach wśród starszych... Morduje niewinnych, by zasiać lęk w sercach tych, którzy nie poddali się mocy ciemności i mroku...




Eselenia kładzie palce na znaku róży. Pali!!! Wyrywam się, jednak ona trzyma mnie zbyt mocno. Jej oczy lśnią niczym dwa diamenty. Nie słyszę co mówi, bowiem ból zagłusza wszelkie inne odgłosy świata. Moją dłoń otacza jasna poświata. Przyjaciółka przykłada kilka listków koloru morskich fal, które niemal natychmiast po zetknięciu się ze skórą puszczają soki. Chłód na moment odbiera mi czucie w ręce i unieruchamia ją. Słyszę syk i odwracam wzrok od jasnego snopu światła. Elfka puszcza mnie. Delikatnie zaczynam ruszać palcami i rozkazywać mięśniom. Spoglądam na znak, który nadal jest czarny jednak wbił się w skórę pozostawiając po sobie wgłębienie w kształcie róży.
-Nie znam innych zaklęć... 
-Wielkie dzięki ci Eselenio... Już nie boli.
-Emanuje z tego nieznana mi magia, nad którą nie mogę opanować...
-Miejmy nadzieję, że to szybko zaniknie...
Nastaje cisza, która zaczyna dręczyć moje uszy swoimi zdradzieckimi mackami. Wraz ze skrzypnięciem drzwi wchodzi chłopczyk niosący na rękach Nillę. Na nasz widok braciszek Eselenii otwiera szeroko buźkę. Jego oczy spoczywają na nieruchomej Revelii. Naciągam rękaw na znak róży. Tak na wszelki wypadek. Przyjaciółka widząc żal w oczach brata przytula go i pozwala, by mógł wypłakać swój smutek. Gdy mały trochę się uspokaja Eselenia szykuje poczęstunek: ciepłe mleko, miód i owoce. Jakoś nie jestem szczególnie głodna co jest do mnie niepodobne, bo potrafię żreć jak opętana. Nilla wskakuje właścicielce na kolana i czeka. Przyjaciółka widząc to podaje jej spodeczek mleka z miodem.
-Kiedy wróciłaś?
Jej przeszywający wzrok pada na mnie.
-Dzisiaj nad ranem, gdy mgła spowiła Mglistą Zatokę, a nad szczytami gór pojawiła się jutrzenka poranka.
-Długo cię nie było, więc zapewne nie wiesz co się tu wydarzyło.
Aż boję się zapytać... Czyżby było tak źle? Oczy mówią same za siebie...
-Podczas twojej nieobecności potajemnie zamordowano troje elfów.
-Troje?
-O dziwo z różnych części miasta. Wśród nich był strażnik bocznej bramy Lomier, zwykły obywatel miasta i małe dziecko urodzone niespełna 3 księżyce temu... Znaleziono ich z poderżniętymi gardłami nad ranem, dopiero nad ranem...
Zamyślam się. Dziwne. Czyżby Avgord... A może szpiedzy...
-Nie Vebrego, nikogo nie widziałam.
Eselenia odgaduje moje myśli. Posyłam jej słaby uśmiech. Znamy się od ponad 20 lat, więc znamy się na wylot. Często bywa tak, że myślimy to samo... Dobrze, że nie potrafimy przejrzeć najskrytszych myśli. Wiem, że przyjaźń nie powinna mieć przed sobą żadnych tajemnic jednak ja muszę skrywać pewne sprawy; dla dobra wszystkich...
-Nadal sadzę, że Pan Ciemności próbuje nas zmusić do poddania mu się, dlatego zastrasza nas różnymi zbrodniami... Zaczęło się na mordach na niewinnych, na czym się skończy?


                         *                         *                       *
Wiatr biega w moich włosach. Słone kropla łaskoczą mnie w nos. Ostry zapach i smak soli sprawiają, że przez umysł przedostaje się zamglone, odległe wspomnienie, którego nie jestem w stanie rozpoznać... Smok zniża lot i sunie tuż nad wzburzoną powierzchnią wody. Wtulam się w niego i zmuszam do wzbicia się wyżej. Stwór jednym porządnym ruchem silnych skrzydeł unosi się w powietrze. Eselenia lekko prowadzi swego smoka obok mnie. Fale załamują się na ostrych skałach, które wynurzają się z morskiej otchłani po to, by znów się schować. Elfka radośnie uśmiecha się do mnie.
-Lecimy do ujścia Wodnych Koni?
-Czemu nie!
Ściągam lejce i skierowuję smoka na północ. Ląduję na skalnej półce nad brzegiem wzburzonego morza. Z daleka słyszę szum rwącej rzeki. przykazuję smokowi czekać na mój powrót. Eselenia ze zwinnością pantery zeskakuje ze stromych skał. Zagłębiamy się w las. Puszczamy się biegiem przez znane gąszcze. 
Już po chwili znajdujemy brzeg rzeki zwanej "szaloną". Wskakujemy do wody. Wodne Konie jedynie na kilku odcinkach są na tyle spokojne, by móc się w nich pływać. Pryskamy się chłodną wodą i nurkujemy sięgając dna. W końcu wychodzę z rzeki. Wykręcam mokre włosy pozwalając kroplom wody ściekać po mojej twarzy. Eselenia niczym zjawa staje za mną i próbuje pchnąć mnie z powrotem w wodę, jednak robię szybki unik i to ona wpada do rzeki, z której przed chwilą wyszła. 
-Co to miało być?!
-Hahaha i kto teraz jest mokry?
-Ty podła glisto...
Elfka, zmoknięta jak kura, gramoli się na brzeg, kładzie się i zamyka oczy.
-ty+ja+rzeka+las=katastrofa!
-Hahahahaha! Jesteśmy normalne prawda?!
-Aż nazbyt!
Śmiejemy się na cały głos. Gdy cały zapas śmiechu zostaje wyczerpany ucinamy sobie krótką drzemkę na mchu. Choć na chwilę staram się zapomnieć o tym co mnie spotkało dzisiejszego ranka... Przed oczami wciąż mam obraz Revelli stającej w ogniu...


Coś twardego uderza mnie w głowę. Ostre narzędzie rozcina skórę przyprawiając o dreszcze. Ktoś lub coś taszczy mnie po ziemi. Otwieram oczy lecz widzę jedynie mgłę. Czuję każdą nierówność, każdy korzeń czy kamyk boleśnie wpijający się w plecy. Próbuje przetrzeć sobie oczy, które pieką mnie doprowadzając do istnego szaleństwa. Nie mogę ruszyć rękoma. Zaczynam się szarpać pragnąc się uwolnić, lecz dostaję cios w tył głowy. Mglisty świat wiruje mi przed oczami. Ciepłe krople spływają po moich wargach, a metaliczny smak drapie moje gardło. Zbiera mi się na wymioty. Zostaję brutalnie rzucona o coś twardego. Czyjeś ostre paznokcie wbijają się w moje ramię. Zmuszam otępiały z bólu umysł do skupienia się na zarysie stworzeń stojących nade mną. 
-Ta jest na tyle silna, że powinna wytrzymać drogę do zamku. Tamtą natomiast możecie zabić i wrzucić do rzeki.
Podnoszę głowę. Biegnę spojrzeniem wzdłuż ręki, która trzyma mnie w stalowym uścisku. Zimne, jasnoniebieskie oczy mrożą moje wnętrzności. Elf w średnim wieku przygląda mi się z uwagą, mrużąc przy tym oczy. Palcem wskazuje zmasakrowane ciało Eselenii.
-Eselenia...?
-Milcz!
Mężczyzna uderza mnie w twarz z otwartej dłoni. Policzek piecze żywym ogniem. Mgła ponownie przetacza się przez umysł. Przeciwstawiam się uczuciu nicości i spadania w ciemność. Cofa mi się jedzenie z poprzedniego dnia. Staje w gardle, lecz skierowuje je z powrotem do żołądka. Ponownie podnoszę głowę, lecz gdy chcę się podnieść resztą ciała wstrząsa dreszcz bólu. Elf widząc moje wysiłki bierze zamach i uderza mnie w prawy bark. Z jękiem rozplaszczam się na ziemi. Czuję nieprzyjemne mrowienie, które obiega wszystkie mięśnie. Kładę głowę na płasko. Z kącików oczu zaczynają płynąć łzy. Łzy nie tylko bólu, lecz także upokorzenia, żalu i smutku. Pada ostateczny rozkaz:
-Zabić tą słabą!
Widzę jak jeden z łuczników wyciąga sztylet zza płachty swego płaszcza. Eselenia lekko porusza się, lecz nadal nie otwiera oczu. Nie mogę pozwolić...
Delikatne, prawie niewyczuwalne drgania ziemi. Tupot stóp. Słyszę równomierne kroki wilczej watahy. Ale kto...? Sedugin, to oczywiste. Zebrał, hmmm, o ile się nie mylę Watahę Pokoju. Tylko ta sfora potrafi biec tak równo w ślad za przywódcą. Oby zdążyli na czas...

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Księga  I  
Stronica  III  "Ognisty szpieg"

Dziewczynka ściąga brwi nad oczami w jedną kreskę.
-Ona jest potworem!
-Revelio, podejdź do Vebregi. Ona nie jest żadnym straszydłem.
Eselenia stara się zaprowadzić ją do mnie, lecz mała jeszcze bardziej się staluje.
-Ona jest...!
-Czy Vebrega wygląda na potwora?
-Ona nim jest!
Serce na moment staje. Strach ściska mi żołądek. Przypomina mi się ostatnia przemiana, gdy wpadłam w cierniste krzaki i rozcięłam dłoń. Revelia mnie śledziła?
-Ona jest wielki...
-Śledzisz mnie?!
Siostra Eseleni spuszcza wzrok i zaciska wargi w srogim uśmiechu. Podchodzę do niej, ale przyjaciółka jest szybsza. Klęka przy niej i chwyta za dłoń.
-Dobrze się czujesz? Masz lodowate dłonie...
Staję obok wpatrując się w małą. Chwytam jej twarz w obie dłonie i szukam oczu. Revelia unika mojego spojrzenia jak płomień wody. Chłopczyk ściska rękę siostrzyczki.
-Revelia co ci jest?
Elfka zsuwa się bezwładnie po ścianie zamykając powieki. Brat odskakuje z krzykiem bólu rozcierając dłoń, która zaczyna pęcznieć.
-Parzy!
-Eselenio, zabierz go stąd szybko! Szybko!
Przyjaciółka pytającą spogląda na mnie i wyprowadza chłopczyka na zewnątrz. Nastaje cisza.
-Widziałaś mnie? Kiedy? Gdzie?
Revelia pada całkiem na ziemie. Nie rusza się. Zbliżam dłoń do jej serca. Niespodziwanie otwiera oczy i unosi wargi odsłaniając zęby, które zmieniają się w małe kły. Zakrywa serce ręką.
-Nie jesteś jedną z nas, nie jesteś elfem... Gdy władca Lomier dowie się, że zmieniasz się w...
-Precz mi z oczu!
-Każe cię zabić...
-Kto cię przysłał jadowita żmijo?
Dziewczynka chwyta mnie rozpalonymi dłońmi. Skóra zaczyna mnie palić. Wyrywam się z jej uścisku i robię kilka kroków w tył.
-Pan Ciemności spali was, spali Lomier, spali cały kraj!
-Precz podły szpiegu! Precz z Lomier!
Szukam wzrokiem czegoś do obrony, czegokolwiek. Dziewczynka wstaje i zaczyna iść w moją stronę. Białe kły lśnią w blasku słońca. Widać muszę się bronić gołymi rękoma. Stawiam krok w przód. Nie dam się zastraszyć. Wyciągam dłoń w jej stronę, a Revelia zaczyna się zwijać i zginać.
-Cofnij rękę! Cofnij!
Przykładam dłoń na jej klatkę piersiową. Zaczyna wydzierać się na całe gardło. Jej ciało staje w ogniu.
-Avgord i tak cię znajdzie!
Staram się wytrzymać palenie skóry i skurcz wszystkich mięśni ręki. Dziewczynka zmienia się w pył. Upadam na podłogę... Świat tańczy dziki taniec zabierając mnie w nicość...

Głośny krzyk sprawia, że umysł wraca do rzeczywistości. Wstaję, lecz ból sprowadza mnie z powrotem na dół. Mrugam oczami starając się pozbyć mroczków, które pykają mi przed oczami. Eselenia płacząc ściska bladą siostrzyczkę leżącą w bezruchu. Przecież Revelia zmieniła się w pył, prawda?
-Zabiłaś ją!!!
Elfka rzuca się na mnie zaciskjąc palce na mojej krtani.
-Nie rozumiesz...
-Zabiłaś mi siostrę!!!
Palce coraz mocniej przywierają do gardła. Spoglądam w oczy przyjaciółki. Wkradł się w nie mrok, mrok zła. Kładę dłoń na jej sercu tak jak uczyniłam to Revelii. Dziewczyna nieruchomieje i złość odpływa z jej duszy. Pada obok mnie i zamyka powieki. 
-Co się dzieje?
Jakby w zwolnionym tempie podnoszę się do pozycji półsiedzącej. Ból daje o sobie znać przechodząc niczym strzała przez całą długość ręki. Zaciskając zęby zmuszam odrętwiałe ciało do dźwignięcia się do pionu. Eselenia ciężko oddychając nadal wpatruje się w nieruchome ciało siostrzyczki. W jej oczach błyszczą łzy.
-Dlaczego...ją...zabiłaś?
-Avgord obrał ciekawą strategię... Z najmniej podejrzanych formuje swoich szpiegów... Interesujące...
-Nie dociera?! Zabiłaś mi siostrę! Oskarżą cię o zabójstwo!
-Jedyne co uczyniłam to położenie dłoni na jej sercu...
Przyjaciółka podnosi się siadając po turecku. Przygląda mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jej wzrok pada na moją rękę, która wciąż daje o sobie znać. Moje spojrzenie biegnie tuż za jej. Na skórze odznaczają się czarne pręgi tworzące różę. Gdy dotykam wypalonego znaku przez mięśnie przebiega prąd, który na sekundę mnie paraliżuje. Powstrzymując łzy pytam:
-Co to...?
-Boli?
-Jak cholera, a może bardziej...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Księga  I
Stronica  II  "Powrót"



Świt, dość nieśmiało, wkrada się swoim blaskiem między drzewa, oświetla ośnieżone szczyty gór i biegnie przy strumyczkach. Mgła rozstępuje się ospale i powoli znika. Słońce wbiega w podskokach jak mała dziewczynka na świat rozpoczynając nowy dzień...
-Vebrego? Wróciłaś?
Łagodny, dźwięczny głos odbił się echem od skał bijących przeszywającym chłodem. Odwracam się. Z ciemnego korytarza wychodzi starsza elfka. Pasma długich, ciemnych włosów zaczesane są zgrabnie do tyłu, a między nie wpleciona jest biała róża. Błyszczące oczy skrywają długą historię jej życia. W dłoniach trzyma lśniącego białego ptaszka.
-Wróciłam Teronio, już wróciłam.
Posyłam jej jeden z moich słodkich uśmiechów o poranku, lecz ona podejrzliwie lustruje mnie przenikliwym wzrokiem.
-Rozcięłaś sobie dłoń... Pokaż...
Błyskawicznie zakrywam ranę drugą dłonią. Czuję jak rozdarcie szczypie. Nie zdążyłam jej opatrzyć, wczoraj byłam zbyt zmęczona, by to zrobić. Delikatnie odsuwam się na bok. 
-Nic mi nie jest, naprawdę.
-Co ty znowu robiłaś? Gdzie się włóczysz? Gdzie się podziewasz?
Niepewne oczy nieruchomo wpatrują się we mnie. Teronia od dawna coś podejrzewa.
-Mówiłam ci, że idę w góry-jak zwykle. Niepotrzebnie się o mnie martwisz.
-Jak mam się o ciebie nie martwić? Jesteś moją wychowanką...
-Jestem już dorosła.
-Ha i w tym problem, moja droga. Powinnaś się z kimś związać...
-Po co? Facet mi nie jest potrzebny, przecież i tak mam już za dużo mord do wykarmienia...
-Vebrego... Czas pomyśleć nad sprawą zamążpójścia.
-Widać muszę powtórzyć: nie potrzebny mi kolejny pysk do wykarmienia! Głód ściska mój żołądek nie wspominając o mojej sforze! Nikogo nie potrzebuję...
Milczenie zawisa w powietrzu, w którym tryskają iskry, a samo powietrze staje się ciężkie od nadmiaru negatywnych emocji. Nie mogę tego dłużej znieść.
-Wychodzę do Eselenii, wrócę wieczorem.
Szybkim krokiem wychodzę. Staję na kamiennym moście. Nade mną i pode mną znajdują się inne domy i mieszkania wykute w skale. Każda ściana łączy się skalnymi mostami, którym przechadzają się elfy. Jedni nikną w ciemnych korytarzach inni w jasnych mieszkaniach. Po skałach spływają fale bluszczu tworząc szmaragdowe kaskady. Lomier to jedno z najpiękniejszych elfich miast. Udaję się do jego zachodniej części.
-Witaj Vebrego!
-Już z powrotem?
-Wróciłaś?
-Kiedy?
-Gdzie bywałaś?
Dookoła słyszę przyjazne głosy elfów. Jedni uśmiechają się, inni niepewnie przyglądają mi się, a jeszcze inni lekko schylają się na mój widok. Odpowiadam zwyczajnie, tak jak odparłam Teronii, że byłam w górach. Zachodnia część Lomier wychodzi na świeże powietrze. Mosty kończą się tu i rozpoczyna się Złoty Bór nazwany tak od wielkich drzew, których kora lśniła złotym połyskiem. Mieszkania mieszczą się w pniach owych drzew. Wchodzę schodami zrobionymi z lin na jedno z drzew. Staję na platformie przed drzwiami. Delikatnie stukam i czekam. Słyszę wesołe głosy i tupot stóp. Drzwi uchylają się nieco.
-Wejdź Vebrego, wejdź!
Wkraczam do obszernego mieszkania. Naprzeciwko znajduje się okno przez, które wpada snop światła. Po drewnianych ścianach spływają pnącza qeinti - rośliny o pomarańczowo-zielonych liściach, które słodko pachną pod koniec lata. Rozglądam się po domu. Na podłodze leży młoda elfka z rozczochranymi włosami i rozbawionymi oczami. Obok niej śmieje się mała dziewczynka. Pod stołem turla się chłopiec i jakaś kudłata kulka, chyba sierści.
-Eselenia, co ty robisz?!
Elfka podnosi się na nogi i poprawia włosy. Mała dziewczynka na mój widok nieruchomieje i cofa się pod ścianę. Chłopczyk zrzuca z siebie puszystą kulkę i staje obok siostrzyczki. Eselenia odgarnia niesforny kosmyk z oczu i bierze głęboki wdech.
-Wybacz Vebrego moje zachowanie, ale...
Mokry, szorstki język przejeżdża po mojej dłoni. Spoglądam w dół. Wilcze szczenię opiera się przednimi łapami o moją nogę. Wtula srebrny pyszczek w moją dłoń. domagając się pieszczot. Piękny wilczek.
-Grenilla się oszczeniła? Kiedy?
-5 dni temu, gdy 3 Złote Księżyce stanęły w pełni...
-To młoda wilczyca, prawda?
-Skąd wiedziałaś?
-Jej imię to Nilla, zdrobnienie od imienia matki...
-Ale skąd...?
-Oczy są lustrem duszy, widać w nich wszystko...
-No tak, zapomniałam...
Nilla mruga ciemnymi oczkami i schyla łeb pod dotykiem moich palców. Chłopczyk wysuwa się naprzód i podchodzi bliżej Eselenii. Dziewczynka za to nadal stoi nieruchomo pod ścianą mierząc mnie nieufnym spojrzeniem. Przyjaciółka przywołuje ją ruchem ręki, ona jednak ani drgnie...

środa, 9 kwietnia 2014

Księga  I  
Stronica I   "Ten świat"


Kim jestem?
Skąd pochodzę?
Kim byli moi rodzice?
Jaka jestem?
Jak jestem postrzegana?
Pytania... Męczą każdego, w tym mnie. Nocami krzyczą najgłośniej, bo wiedzą, że w ciszy słychać je najgłośniej...
Wpatruję się w 3 księżyce. Każdy zna swoje pochodzenie, wiek, rodzinę... A ja? Ja nic nie wiem na ten temat... Lubię księżyce lśniące złotym blaskiem zwieszone na czarnym ornamencie nieba usianego gwiazdami. Można powiedzieć, że jestem podobna do nich - tajemnicza, cicha, zdana na swój los. A więc kim tak naprawdę jestem? Wyglądam jak elf, czuję się elfem, w moich żyłach płynie jedyna w swoim rodzaju krew elfów, ale... Gdzieś tam, w najmroczniejszym zakamarku mojej duszy, drzemie zupełnie odmienne stworzenie. Postać, którą każdy kojarzy, każdy zna, każdy mieszkaniec Lomier widział choć raz... Z drugiej strony jestem...
-Vebrego? Jesteś tu?
-Sedugin?
Wysoki elf wyłania się zza skały, która błyszczy srebrnym blaskiem. Jest stosunkowo młody jak na swój elfi wiek. Długie, śnieżnobiałe włosy skrzą się w ciemności nocy. Szare oczy lustrują mnie od stóp do głów. Odkłada kołczan i staje obok mnie.
-Verina dziś w pełni, Misutti w drugiej fazie, a Lopedo w czwartej...
-Jak sądzisz, kiedy nastąpi kolejny Wieniec 3 Księżyców?
-Nie mam pojęcia... Zawsze przypada inaczej...
-Niespecjalnie mi się do niego spieszy...
Za każdym razem, gdy księżyce stają jako złote tarcze na niebie, ja przeobrażam się w stworzenie z pozoru nieśmiałe i ciekawe... Pozory mylą...
-Niektórzy zaczęli się o ciebie poważnie niepokoić.
Elf położył nacisk na słowo "niektórzy" abym wyrwała się z rozmyślań i domyśliła się o kogo chodzi. Skinęłam głową na znak, że rozumiem. 
Sedugin szuka moich dwukolorowych oczu. Tak, mam dwukolorowe oczy. Jedna ze źrenic jest niebieska niczym toń w Mglistej Zatoce, a druga szara jak Lawendowa Góra. Z każdym dniem zmieniają swoją barwę.
-Łucznicy nadal wałęsają się po Pustkowiu Genesis?
Elf z lekkim niepokojem wypisanym na twarzy mruży szare oczy.
-Widziałam ich w zachodniej części Belonnu.
-Nigdy nie zapuszczali się w te strony. Sądzisz, że Avgord coś knuje?
-On zawsze coś knuje. Jest jeszcze coś co mnie niepokoi. 
-Słucham.
-Ostatnio wcale nie widuję smoczych jeźdźców. Niepokoi mnie fakt, że tak nagle zniknęli.
-Było ich całkiem sporo, nie mogli tak wszyscy zniknąć.
-Widać mogli. Przeszukaj góry, jaskinie, doliny, zatoki skoro mi nie wierzysz-nigdzie ich nie znajdziesz.
-Avgord coś szykuje. Lepiej uważaj Vebrego.
Lekki wietrzyk igra w moich włosach zrzucając ciemne kosmyki włosów na oczy. Przymykam powieki i odpływam w sen. Nagle zdaję sobie sprawę, że nie spałam od kilku dni.
Zjawia się Pani Snu. Tak piękna iż żadne słowa nie są w stanie określić jej urody. Nie widziałam jej kilka dni.
-Vebrego zaznaj spokoju mgły i niebios...
Odzywa się swoim miękkim głosem, który otacza mnie niczym puszysta kołderka. Delikatnymi palcami muska moją twarz odprężają napięte mięśnie. Kładzie głowę obok mnie szeptając te same słowa co za każdym razem:
-Daję ci magię snu, abyś oderwała się na chwilę od świata...
Po tych słowach ściska krwistoczerwoną różę w dłoni, a ja wkraczam do słodkiej krainy niewinnego snu...


Błysk krwi. Szczęk oręża. Świst strzał. Krzyki. Wrzaski. Smród spalenizny. Trzask płomieni. Huk morza. Jęki umierających. Niekończący się ból. Nienawiść w żywym ciele... Widzę jedynie cienki zarys tego wszystkiego jednak wyczuwam pozostałe rzeczy innymi zmysłami. Piekło... Wyraźnie widzę jedynie Wszechświat, który ze smutkiem oddaje magiczne naszyjniki, w których drzemie moc władania naszym światem... Ciemność chichocze złowieszczo niknąc w wiecznym ogniu, który ogarnia wszystko na zawsze...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Co mamy na myśli mówiąc, że znamy siebie na wylot? Że wiemy jak zareagujemy na daną sytuacje? Niby skąd mamy mieć pewność, że znamy własną duszę? Nikt nie zna siebie dokładnie...Nawet Wszechświat wszystkiego nie przewidzi...




Przez wiele stuleci mieszkańcy Lomier wiedli spokojne życie z dala od hałasu i nienawiści...
Jednak pnącza zła dotrą w końcu do nich...
Dobro znajdzie się nad przepaścią...
Nic już nie będzie takie samo...
Nienawiść ogarnie każde serce...
Kto przetrzyma próbę Zła?   ~Bessa