sobota, 26 kwietnia 2014

Księga  I
Stronica  VI  "Viruna Sevii"

I choćby stojąc przed Wrotami Śmierci Ona nie ulęknie się ani nie zwróci, lecz pójdzie stawić czoło największym przeciwnościom, by poznać w końcu Prawdę...
~ ludowa przepowiednia



Czuję setki zimnych, małych łapek na ciele. Przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz zimna. Staram się unieść ciężkie powieki, które zapuchły przez noc. Wpatrują się we mnie czarne, błyszczące ślepka, a długie wąsy łaskoczą mnie w twarz. Dookoła mnie roi się od szczurów. Wszystkie piszczą, przepychają się i nawzajem się gryząc. Chwytam jednego za obślizgły ogon i podnoszę do góry.-To twój posiłek na najbliższe dni!
Dobrze zbudowany strażnik spogląda na mnie spode łba. Ma zielone oczy,w których ukryta jest żądza mordu. Uzbrojony ponadto po zęby: 2 sztylety przymocowane do pasa opinającego jego szczupłą sylwetkę, krótki i długi miecz, zakrzywiony nóż do skracania męki... Szczur wyrywa się z mojego uścisku. Strażnik ze śmiechem odwraca się i odchodzi. Rozglądam się. Po ciemnych ścianach spływają krople wody, widać musiało padać. Posadzka usłana jest kośćmi i szkielecikami szczurów. Odór stęchlizny przyprawia o mdłości. Z oddali dobiegają jęki, które niosą się echem po rozległych korytarzach. Więzienie w Viruna Sevii... Więzienie, z którego nikt nie uciekł żywy...  Więzienie słynące z niesłychanego okrucieństwa... 



Codziennie to samo: pisk szczurów, drapanie pazurków, smród rozkładających się ciał więźniów, zgrzyt kości w sąsiednich celach... Głód i pragnienie przykuły mnie do posadzki. Nie wiem już nic... Teoretycznie nic. Żołnierz brutalnie wyrzuca mnie z lochu. Uderzam głową w ścian. Pulsujący ból rozsadza mi czaszkę uporczywie dudniąc.
Zostaję przywołana do pionu z taką lekkością jakbym była jedynie szmacianą lalką. Na wpół idąc strażnik prowadzi mnie na górę. Wiatr chlusta mnie po twarzy jakby wymierzając mi karę. Nogi co chwila odmawiają posłuszeństwa zatrzymując się w miejscu. Schody są, nie dość, że strome, to jeszcze przeraźliwie śliskie. Pnę się w górę, wśród okrzyków żołnierza, ku ciemności. Suche drzewa porastające zbocze wyglądają żałośnie spuszczając swe martwe konary. Nie chcę wiedzieć dokąd idę. Potykam się i upadam. Głowę przeszywa strzała bólu, która na moment przyćmiewa umysł. Gorące krople krwi spływają po moich wargach. Łzy bezsilności płyną piekąc policzki. Zdaję sobie sprawę jak muszę żałośnie wyglądać... Staram się podnieść. Nieruchomieję ze wzrokiem wbitym w moją lewą dłoń. Niemożliwe...to niemożliwe...
Strażnik z brutalnością rzuca mnie na kolana. Krew spływa mi z warg, nosa, rąk... Zimna posadzka chwilowo łagodzi ból. Podnoszę zmęczone oczy. Nienawistne oczy wpatrują się we mnie, niczym wilcze ślepia czekające na niewłaściwy ruch zagubionej owcy. Avgord unosi ciemną brew.

-To ma być moja niewolnica?!
Piękny, dźwięczny głos trafia do mojego otępiałego umysłu. Na delikatną twarz namiestnika wbiega podły uśmieszek.
-Jak cię zwą?
Jego głos przybiera łagodniejszą barwę. Nie mam siły się odezwać. Zaczynam dławić się krwią, która zdążyła zebrać się w wyschniętym gardle. Avgord wstaje z tronu i podchodzi do mnie. Pogodziłam się już ze śmiercią... Jego ciepłe dłonie ocierają się o mój policzek. Spoglądam w jego piękne, tajemnicze oczy.
-Vebrega, nieprawdaż?
Strach, niczym błyskawica, przebiega przez moje wnętrzności. Skąd on mnie zna? Jego palce suną po mojej skórze. Nie wiem czy jest to przyjemne, ale w każdym bądź razie nie sprawia bólu. Namiestnik odsuwa się i rzuca spojrzenie na żołnierzy.
-Zostawcie ją przy życiu, na razie. Cela wschodnia 9.
Strażnicy, posłusznie skłaniając się, nisko zbliżają się do mnie. Zabierają mnie z sali i prowadzą ciemnym korytarzem. Wiatr hula między przerwami w starym murze. Moim oczom ukazują się puste cele. Po posadzce biegają przerażone szczury zwabione niespodziewanym światłem. O dziwo żołnierze nie popychają mnie aż tak bardzo jak ostatnio. 
-Twoja cela!
Puszczają mnie i upadam na kolana. Nie sądziłam, że jestem tak słaba. Głód robi swoje. Zanim strażnicy odeszli zadali mi pojedynczy cios w brzuch. Słyszę ich oddalające się kroki. Oczy ponownie zachodzą mgłą... 
Budzi mnie lekki, niczym muśniecie skrzydeł motyla, pocałunek w dłoń. Zrywam się błyskawicznie nie zważając na przeszywający ból.
-Spokojnie Vebrego, spokojnie...
W ciemności celi nie widzę postaci, która do mnie przemawia. Gdy źrenice przyzwyczajają się do mroku zauważam jedynie zarys stworzenia. Wysoki, dobrze zbudowany, zapewne mężczyzna. Cofam się zlękniona. Plecami dotykam ściany. 
-Kim jesteś?
Głos mi drży, lecz staram się nie dopuszczać strachu do duszy tak jak uczyła mnie Teronia. Osoba nie odpowiada, ale czuję na sobie jej wzrok. Lodowaty powiew wiatru głaszcze mój kark.
Wschodzące słońce rzuca swój świetlisty blask na mnie. Zauważam jedynie błyszczące oczy i wychudzoną twarz, zanim postać schowała się w mroku celi. Silę się na ponowne zadanie pytania.
-Kim jesteś? Skąd pochodzisz?
Brak odpowiedzi. Przewracam oczami i próbuję wstać. Ból przenika nogę, gdy próbuję się wyprostować. Z sykiem zataczam się do przodu tracąc równowagę. Wpadam w silne ramiona, które na pozór są niezwykle delikatne. Okazuje się, że owa dziwna postać jest przystojnym, młodym elfem. Niezwykłe miodowe oczy przepełniają mnie spokojem i harmonią mimo iż spoglądają na mnie z lękiem.
-Nie wyglądasz na kata, który w końcu przybył pozbawić mnie życia... Jesteś kolejnym więźniem Avgorda...
-A kim ty jesteś?
Elf nadal nie odpowiada i nie spuszcza ze mnie wzroku. Śledzi każdy choćby najmniejszy mój ruch.
-Zwą mnie Bezimienny choć to i tak już bez znaczenia...
-Skąd mnie znasz?
-Poznałem cię, gdy tylko żołnierze wrzucili cię do celi. Takich osób jak ty, się nie zapomina...
Wydaję z siebie wrzask przerażenia. Elf pozwala mi się do niego przytulić. Słyszę bicie jego serca. Uspokajam kołatające nerwy.
-Nie boj się. Nieboszczyk leży tu od co najmniej tygodnia...
Zbiera mi się na wymioty-znowu. Przykuty do ściany siedzi, a właściwie wisi, martwy więzień , którego ciało powykręcane jest we wszystkie możliwe i niemożliwe strony. Chłód więzienia sprawił, że nieboszczyk jeszcze nie zaczął się rozkładać. 
-Spójrz na niego... Szkoda, że elfy nie są śmiertelne...
-Co ty gadasz?! Chciałbyś tak umrzeć?
-Śmierć byłaby lepsza niż ciągłe czekanie na wyrok...
-Brednie... Tak życie kończą...ludzie...
Słowo "ludzie" powiedziałam z wyjątkowa odrazą. Bezimienny jednak na to nie zareagował.
-Ludzie bywają głupcami to fakt, jednak wszystko co żyje popełnia błędy... 
-Chcesz powiedzieć, że elfy są nieudacznikami tak jak te nędzne stworzenia?
-Nędzne? Gdyby nie Katastrofa Chaosu nadal żylibyśmy w zgodzie, a może nawet przyjaźni...
Gdyby nie powaga emanująca z jego głosu, już dawno bym się roześmiała. Rzucam spojrzenie na więźnia... Obyśmy tak nie skończyli...

1 komentarz: