Księga I
Stronica IV "Koniec czy początek?"
Zło najpierw przekupuje najmłodszych siejąc postrach wśród starszych... Morduje niewinnych, by zasiać lęk w sercach tych, którzy nie poddali się mocy ciemności i mroku...
Eselenia kładzie palce na znaku róży. Pali!!! Wyrywam się, jednak ona trzyma mnie zbyt mocno. Jej oczy lśnią niczym dwa diamenty. Nie słyszę co mówi, bowiem ból zagłusza wszelkie inne odgłosy świata. Moją dłoń otacza jasna poświata. Przyjaciółka przykłada kilka listków koloru morskich fal, które niemal natychmiast po zetknięciu się ze skórą puszczają soki. Chłód na moment odbiera mi czucie w ręce i unieruchamia ją. Słyszę syk i odwracam wzrok od jasnego snopu światła. Elfka puszcza mnie. Delikatnie zaczynam ruszać palcami i rozkazywać mięśniom. Spoglądam na znak, który nadal jest czarny jednak wbił się w skórę pozostawiając po sobie wgłębienie w kształcie róży.
-Nie znam innych zaklęć...
-Wielkie dzięki ci Eselenio... Już nie boli.
-Emanuje z tego nieznana mi magia, nad którą nie mogę opanować...
-Miejmy nadzieję, że to szybko zaniknie...
Nastaje cisza, która zaczyna dręczyć moje uszy swoimi zdradzieckimi mackami. Wraz ze skrzypnięciem drzwi wchodzi chłopczyk niosący na rękach Nillę. Na nasz widok braciszek Eselenii otwiera szeroko buźkę. Jego oczy spoczywają na nieruchomej Revelii. Naciągam rękaw na znak róży. Tak na wszelki wypadek. Przyjaciółka widząc żal w oczach brata przytula go i pozwala, by mógł wypłakać swój smutek. Gdy mały trochę się uspokaja Eselenia szykuje poczęstunek: ciepłe mleko, miód i owoce. Jakoś nie jestem szczególnie głodna co jest do mnie niepodobne, bo potrafię żreć jak opętana. Nilla wskakuje właścicielce na kolana i czeka. Przyjaciółka widząc to podaje jej spodeczek mleka z miodem.
-Kiedy wróciłaś?
Jej przeszywający wzrok pada na mnie.
-Dzisiaj nad ranem, gdy mgła spowiła Mglistą Zatokę, a nad szczytami gór pojawiła się jutrzenka poranka.
-Długo cię nie było, więc zapewne nie wiesz co się tu wydarzyło.
Aż boję się zapytać... Czyżby było tak źle? Oczy mówią same za siebie...
-Podczas twojej nieobecności potajemnie zamordowano troje elfów.
-Troje?
-O dziwo z różnych części miasta. Wśród nich był strażnik bocznej bramy Lomier, zwykły obywatel miasta i małe dziecko urodzone niespełna 3 księżyce temu... Znaleziono ich z poderżniętymi gardłami nad ranem, dopiero nad ranem...
Zamyślam się. Dziwne. Czyżby Avgord... A może szpiedzy...
-Nie Vebrego, nikogo nie widziałam.
Eselenia odgaduje moje myśli. Posyłam jej słaby uśmiech. Znamy się od ponad 20 lat, więc znamy się na wylot. Często bywa tak, że myślimy to samo... Dobrze, że nie potrafimy przejrzeć najskrytszych myśli. Wiem, że przyjaźń nie powinna mieć przed sobą żadnych tajemnic jednak ja muszę skrywać pewne sprawy; dla dobra wszystkich...
-Nadal sadzę, że Pan Ciemności próbuje nas zmusić do poddania mu się, dlatego zastrasza nas różnymi zbrodniami... Zaczęło się na mordach na niewinnych, na czym się skończy?
* * *
Wiatr biega w moich włosach. Słone kropla łaskoczą mnie w nos. Ostry zapach i smak soli sprawiają, że przez umysł przedostaje się zamglone, odległe wspomnienie, którego nie jestem w stanie rozpoznać... Smok zniża lot i sunie tuż nad wzburzoną powierzchnią wody. Wtulam się w niego i zmuszam do wzbicia się wyżej. Stwór jednym porządnym ruchem silnych skrzydeł unosi się w powietrze. Eselenia lekko prowadzi swego smoka obok mnie. Fale załamują się na ostrych skałach, które wynurzają się z morskiej otchłani po to, by znów się schować. Elfka radośnie uśmiecha się do mnie.
-Lecimy do ujścia Wodnych Koni?
-Czemu nie!
Ściągam lejce i skierowuję smoka na północ. Ląduję na skalnej półce nad brzegiem wzburzonego morza. Z daleka słyszę szum rwącej rzeki. przykazuję smokowi czekać na mój powrót. Eselenia ze zwinnością pantery zeskakuje ze stromych skał. Zagłębiamy się w las. Puszczamy się biegiem przez znane gąszcze.
Już po chwili znajdujemy brzeg rzeki zwanej "szaloną". Wskakujemy do wody. Wodne Konie jedynie na kilku odcinkach są na tyle spokojne, by móc się w nich pływać. Pryskamy się chłodną wodą i nurkujemy sięgając dna. W końcu wychodzę z rzeki. Wykręcam mokre włosy pozwalając kroplom wody ściekać po mojej twarzy. Eselenia niczym zjawa staje za mną i próbuje pchnąć mnie z powrotem w wodę, jednak robię szybki unik i to ona wpada do rzeki, z której przed chwilą wyszła.
-Co to miało być?!
-Hahaha i kto teraz jest mokry?
-Ty podła glisto...
Elfka, zmoknięta jak kura, gramoli się na brzeg, kładzie się i zamyka oczy.
-ty+ja+rzeka+las=katastrofa!
-Hahahahaha! Jesteśmy normalne prawda?!
-Aż nazbyt!
Śmiejemy się na cały głos. Gdy cały zapas śmiechu zostaje wyczerpany ucinamy sobie krótką drzemkę na mchu. Choć na chwilę staram się zapomnieć o tym co mnie spotkało dzisiejszego ranka... Przed oczami wciąż mam obraz Revelli stającej w ogniu...
Coś twardego uderza mnie w głowę. Ostre narzędzie rozcina skórę przyprawiając o dreszcze. Ktoś lub coś taszczy mnie po ziemi. Otwieram oczy lecz widzę jedynie mgłę. Czuję każdą nierówność, każdy korzeń czy kamyk boleśnie wpijający się w plecy. Próbuje przetrzeć sobie oczy, które pieką mnie doprowadzając do istnego szaleństwa. Nie mogę ruszyć rękoma. Zaczynam się szarpać pragnąc się uwolnić, lecz dostaję cios w tył głowy. Mglisty świat wiruje mi przed oczami. Ciepłe krople spływają po moich wargach, a metaliczny smak drapie moje gardło. Zbiera mi się na wymioty. Zostaję brutalnie rzucona o coś twardego. Czyjeś ostre paznokcie wbijają się w moje ramię. Zmuszam otępiały z bólu umysł do skupienia się na zarysie stworzeń stojących nade mną.
-Ta jest na tyle silna, że powinna wytrzymać drogę do zamku. Tamtą natomiast możecie zabić i wrzucić do rzeki.
Podnoszę głowę. Biegnę spojrzeniem wzdłuż ręki, która trzyma mnie w stalowym uścisku. Zimne, jasnoniebieskie oczy mrożą moje wnętrzności. Elf w średnim wieku przygląda mi się z uwagą, mrużąc przy tym oczy. Palcem wskazuje zmasakrowane ciało Eselenii.
-Eselenia...?
-Milcz!
Mężczyzna uderza mnie w twarz z otwartej dłoni. Policzek piecze żywym ogniem. Mgła ponownie przetacza się przez umysł. Przeciwstawiam się uczuciu nicości i spadania w ciemność. Cofa mi się jedzenie z poprzedniego dnia. Staje w gardle, lecz skierowuje je z powrotem do żołądka. Ponownie podnoszę głowę, lecz gdy chcę się podnieść resztą ciała wstrząsa dreszcz bólu. Elf widząc moje wysiłki bierze zamach i uderza mnie w prawy bark. Z jękiem rozplaszczam się na ziemi. Czuję nieprzyjemne mrowienie, które obiega wszystkie mięśnie. Kładę głowę na płasko. Z kącików oczu zaczynają płynąć łzy. Łzy nie tylko bólu, lecz także upokorzenia, żalu i smutku. Pada ostateczny rozkaz:
-Zabić tą słabą!
Widzę jak jeden z łuczników wyciąga sztylet zza płachty swego płaszcza. Eselenia lekko porusza się, lecz nadal nie otwiera oczu. Nie mogę pozwolić...
Delikatne, prawie niewyczuwalne drgania ziemi. Tupot stóp. Słyszę równomierne kroki wilczej watahy. Ale kto...? Sedugin, to oczywiste. Zebrał, hmmm, o ile się nie mylę Watahę Pokoju. Tylko ta sfora potrafi biec tak równo w ślad za przywódcą. Oby zdążyli na czas...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz